Kopytki
Dziś znowu nudno. Ostatnio ciągle jest nudno, bo ciocia wyjeżdża autem i jej nie ma. Potem wraca i pachni końmi – ładnie pachni. Te inne konie to już znamy z mama z zapachu, ale wczoraj to pachniła całkiem obcymi i mówiła, że hubetruas był, czy jakoś tak. Nie ważne to było, ważne że więcej jeść dała, bo coś nam ostatnio żałuje sianka… Cały dziś dzień był dziwny choć nudny. Najpierw po śniadaniu wygoniła nas na błoto i nie było co robić. Potem mnie schowała do boksu, a mama została w błocie i jej nie widziałam, dobrze, że chociaż marchwie były… A potem wiecie co wymyśliła? Nogi mi moczyć chciała! Po co przecież cały dzień w błocie jesteśmy! Mokro jest! Ale ona marudziła, że trzeba umyć i że się muszę uczyć w razie czego… Jakiego czego? Co to w ogóle jest CZEGO? Człowieki mają nie po kolei między uszami co to ich prawie nie mają… Jak już ją nauczyłam, że ma kliknąć jak trzymam nogę w wiaderku to mi dała spokój – ile to się trzeba napracować, żeby człowieki coś pojęły… Spokój był krótko, na długość zjedzenia 5 marchwiów, a potem przyszedł ciociowy mąż (ona mówi, że mąż, ale co to mąż to ja nie wiem) i mi kopytki ucinali. Ucinali i ucinali, aż ciemno było. Jak już było mocno nudno od ucinania to chciałam sobie iść, ale oni się uparli i ucinali dalej. Jak wszystko ucieli – dobrze, że trochę zostawili – to mi dali sianko, a potem puścili do mamy, ale już było ciemno wtedy to stałyśmy przed stajnia i czekałyśmy na kolację. W sumie dzisiaj oprócz nudów było dużo siana, a to fajne jest – najfajniejsze w dziś dniu…